CZY W XXI WIEKU NADAL MAMY POWODY, ŻEBY JEŚĆ MIĘSO? SZYMON HOŁOWNIA - WYWIAD

Na jednym z popularnych serwisów internetowych pojawił się niedawno świetny wywiad z Szymonem Hołownią znanym między innymi z roli prowadzącego popularne talent show. Wywiad ten bardzo mnie poruszył, dlatego pozwoliłam sobie udostępnić go tutaj. Co najbardziej mnie dotknęło to fakt, jak wspaniale można połączyć wiarę i dbanie o kwestie etyczne i środowiskowe. No bo przecież wiara nie wyklucza tych dwóch aspektów. Sama nie jestem osobą wierzącą, ale w moim otoczeniu znajdują się takie osoby i dyskusja na temat jedzenia mięsa przez chrześcijan zawsze kończyła się w ten sam sposób: no bo przecież Jezus jadł ryby, a w Biblii jest napisane, że wszystko co się porusza może być pokarmem i człowiek od zawsze jadł mięso... Przykre jest myślenie w kategoriach dogmatów i stereotypów, dlatego tym bardziej zapraszam Was do przeczytania poniższego artykułu, a potem oczywiście książki autorstwa pana Hołowni pt. Boskie Zwierzęta. 






Katarzyna Kojzar: W "Boskich zwierzętach" pisze pan o tym, jak wygląda chów przemysłowy zwierząt, co nam daje jedzenie mięsa i jakie może mieć skutki dla planety. Ta książka powstała ze złości, że tak wygląda nasz świat? Że nie ma niedzielnego obiadu bez rosołu i kotleta?

Szymon Hołownia: Nie złoszczę się, bo złość niczego nie zmienia, nie posuwa spraw do przodu. Po prostu mówię to, co widzę i wiem: ludzie żyjący w XXI wieku nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo nadkonsumpcja mięsa niszczy nasze zdrowie i planetę. Jak zatruwa środowisko, napędza śmiertelnie niebezpieczne ocieplenie. W świecie w którym w polskich hodowlach zwierzęta jedzą soję z Ameryki Południowej - przyczynia się do pogłębienia różnic między bogatymi i biednymi mieszkańcami świata. Rozmowa o tym nie jest łatwa, bo jedzenie mięsa w naszej kulturze ma rangę dogmatu. Proszę poczytać komentarze, które pewnie zaraz pojawią się pod tym tekstem: reakcją najczęściej jest jakaś forma paniki, nerwowe obracanie w żart, ucieczka w komunały w stylu "ludzie zawsze jedli mięso", albo "a ja lubię schabowe", albo wręcz agresja. Wszystko można w Polsce zakwestionować: wiarę, taką czy inną ideologię, politykę, ale wystarczy sformułować apel o to, by rozważyć nie radykalny weganizm, ale rezygnację z jednego posiłku mięsnego w tygodniu, by spora część odbiorców miała wrażenie, że atakuje się ich tożsamość, DNA, człowieczeństwo, polskość.

Moja książka nie jest jednak wyłącznie o konieczności przemyślenia swojego stosunku do mięsa. Jest też o duchowości, którą ja widzę również w świecie innym niż ludzki. Zawsze miałem wrażenie, że zwierzęta noszą w sobie tajemnicę, która nam się wymyka, ale która z pewnością przenika poza śmierć. Czułem, że jest coś nie w porządku oglądając materiały kręcone w rzeźniach, na których widać i słychać, jak zwierzęta zanieczyszczają się ze strachu, jak w swoim języku wyraźnie komunikują: "nie rób mi krzywdy", "nie chcę umierać". Przyszedł moment, że wyciągnąłem z tych dwóch konstatacji praktyczny wniosek. Nie istnieją powody, dla których żyjąc w Polsce, w XXI wieku, dysponując takimi możliwościami wyboru pokarmów, mam dalej jeść mięso. Dlatego myślę, że ta książka wzięła się z szacunku i współczucia do stworzeń bardziej niż ze złości na ludzi.

Jak wyglądała pana droga do wegetarianizmu?

To był długi proces. Dużo podróżuję, szybko żyję, często korzystam z restauracji i innych form żywienia zbiorowego, a w nich - zwłaszcza w Polsce - gdy prosi się o coś wege, nierzadko proponują ci kurczaka. Mam sporą wprawę w publicystycznych bojach, jestem impregnowany na głupoty, które pojawiają się w pewnych kręgach od razu, gdy ludzie dowiedzą się, że nie jesz mięsa: podejrzenia o jakieś magiczne ciągotki, szamanizmy, okultyzmy, New Age i takie tam. Głównym czynnikiem, który powstrzymywał moją zmianę diety była więc wygoda, a nie jakieś ideowe obiekcje.

Przełamałem się ostatecznie w momencie, gdy moje teologiczne przekonanie o tym, że Bóg, który jest Panem życia nie wymyślił śmierci żadnego ze stworzeń oraz zwykłe, ludzkie współczucie słabszym ode mnie istotom, podbite zostało wiedzą o tym co bezmyślne mięsożerstwo robi mi, bliźnim i planecie, którą gromadziłem przez lektury, czy udział w konferencjach. Wcześniej przez parę lat nie jadłem mięsa czerwonego, wtedy ostatecznie odstawiłem też drób, bo nie znalazłem żadnego powodu, dla którego powinienem go jeść. W tej chwili dwa - trzy razy w tygodniu jem jeszcze ryby, ale myślę że to też kwestia czasu. Uważam, że tę drogę każdy powinien przechodzić w swoim tempie. Że trzeba docenić każdy gest człowieka, który zdecyduje się jakkolwiek ograniczyć swoją ekspansywną dietę.

Myśli pan, że przez "Boskie zwierzęta" wpłynie jakoś na innych? Że po lekturze zrezygnują z kotleta?

Oby tak było. Na spotkaniach autorskich często słyszę ludzi, którzy mówią, że dzięki tej książce przemyśleli swoją relację z nie-ludzkim światem na nowo. Nawet mój ojciec po przeczytaniu "Boskich zwierząt" zadeklarował wegetarianizm, co mnie autentycznie poruszyło.

Dużą część tej książki poświęca pan duchowości. Podkreśla pan jednocześnie, że chrześcijaństwo nie jest kojarzone jako ekologiczna religia. Da się pogodzić wiarę z troską o środowisko?

Mam wrażenie, że cały spór chrześcijaństwo versus ekologia zaczął się chyba pod koniec lat 60. XX wieku wraz z pewnym opublikowanym w USA tekstem, stawiającym tezę, że chrześcijaństwo, do bólu antropocentryczne, odpowiada za nadciągającą katastrofę ekologiczną planety. Obrońcy chrześcijaństwa odpowiedzieli na to atakiem i kojarzeniem ruchu ekologicznego z liberalizmem, "lewactwem" i wszystkimi najgorszymi epitetami, jakie mieli w głowach. To właśnie wtedy narodziła się ta chora koncepcja, że "każdy ekolog jest jak arbuz - z wierzchu zielony, wewnątrz - czerwony".

Prawda jest taka, że planetę i ludzkość na niej żyjącą, niszczą równo wszyscy: chrześcijanie (których na świecie jest mniejszość), ateiści, muzułmanie, hindusi, buddyści. Oszalały antropocentryzm to wynalazek nie chrześcijaństwa, a ludzkości, która - dla swojej wygody - ubiera go czasem w swoją religię. Tyle że w myśl mojej religii świat wcale nie jest antropocentryczny, jest teocentryczny, on nie należy do człowieka, a do Boga, to Bóg jest jego suwerenem, On nie abdykował i wcale nie pozwolił nam sprawować totalitarnej władzy nad światem, co widać wyraźnie w opowieściach zamieszczonych w Księdze Rodzaju. Syn Boży dwa tysiące lat temu sam stał się zwierzęciem ofiarnym, uwolnił nie tylko człowieka, ale tysiące zwierząt, które - gdyby nie On - nadal zabijalibyśmy może na ofiarę. Jezus otworzył niebo wszystkim stworzeniom, bo wszystkie ponoszą konsekwencje grzechu Ewy i Adama.

Nie jest wcale tak, że tej refleksji w Kościele nie ma. Od XIX wieku, od papieża Leona XIII, w nauczaniu coraz częściej pojawia się nuta: coś z tym "czynieniem sobie ziemi poddaną" poszło wyraźnie nie tak, czas by - jak powiedział papież Paweł VI - "człowiek opanował swoje panowanie". Początkowo ta myśl koncentruje się na niesprawiedliwościach między ludźmi, Jan Paweł II dodaje już jednak do tego wyraźną ekologiczną nutę, która w pełni brzmi za pontyfikatu Franciszka. Jego ekologiczno - społeczna encyklika Laudato Si', którą obficie cytuję w książce, to prawdziwa petarda. Papież nie tylko wprost mówi, że zwierzęta idą z nami do nieba, ale też wyraźnie pokazuje, że - choć bardzo od nich różni - jedziemy na tym samym wózku. Bóg stworzył nas bowiem jako system naczyń połączonych. A gdy samolot spada, klasa biznes i ekonomiczna kończą w tym samym miejscu. Jeśli krzywdzi się zwierzęta, to krzywdzi się też ludzi. A jeśli krzywdzi się ludzi, to cierpi cały świat.

"Nie potrzebuję papieża, żeby powiedział mi, że psy mają duszę. Ja mam dwa i wiem to od dawna" – cytuje pan. Jak jest z tą duszą? Zwierzęta ją mają czy nie?

Zwierzęta na pewno nie mają ludzkiej duszy, ani żadnej podobnej do naszej. Dlaczego miałyby ją mieć? Mają jednak swoją duszę, o którym Biblia mówi "duch życia". To to niepoliczalne, nieuchwytne coś, co sprawiło, że każde z nich powstało, żyje, coś co każdemu zwierzęciu (bo Bóg nie stworzył "drobiu" czy "dziczyzny", a każde zwierzę z osobna) daje coś, czego nie mógł dać człowiek, który nie jest przecież Stwórcą, jest zarządcą, coś co należy tylko do Boga (co Bóg wyraźnie zaznaczył, mówiąc do Izraelitów, że nie wolno im jeść krwi zabijanych stworzeń, bo ona, siedlisko owego ducha życia, należy wyłącznie do Pana; inna rzecz, że to było dopiero po Potopie, raj był i będzie - podaje Biblia - zupełnie wegański).

Z rozmowami o duszy u zwierząt bywa u nas jak z tymi wszystkimi wywiadami, których muszę udzielać o tej porze roku. Standardowe pytanie: "Czy zwierzęta w Wigilię mówią ludzkim głosem?". Gdy będziemy czekać, że one raz w roku przemówią do nas po ludzku, możemy nie zauważyć, że przez całą resztę roku mówią do nas w swoim zwierzęcym języku, przekazują nam mnóstwo informacji.

Ja sama, czytając tę książkę, musiałam od czasu do czasu przerywać, bo to, co pan w niej pisze, jest bolesne. I trudne do zaakceptowania, nawet jeśli już się nie je mięsa. Jak pan sobie radził w tak trudnym materiałem?

Mam nadzieję, że to jednak książka bardziej o pięknie życia, o konieczności szacunku dla niego, niż o ohydzie śmierci. Rzeźnie przemysłowe, przemysłowe hodowle - to nie jest pomysł Boga na ten świat, to pewne. Podobnie różne etyczne dewiacje w rodzaju "sportowego" myślistwa. Nie oznacza to jednak, że zamierzam atakować rzeźników, czy myśliwych. Mówię: zastanówcie się razem ze mną, w czym uczestniczymy i do czego to nas za chwilę doprowadzi. Mam nadzieję, że ta książka otworzy oczy. Że zbliży nas do prawdy, wyrwie z iluzji. Przecież tu o nic innego nie chodzi, nic tu nie trzeba ubarwiać.

Proszę spojrzeć na reklamy wędlin w telewizji: słodkie obrazki ze wsi, przypominające nam wakacje u babci, rozbrykane dzieci z rozbrykanymi zwierzętami, które za chwilę w magiczny sposób, w otulinie miłej muzyczki, trafiają na tackę opatrzoną ceną. Gdyby tylko producenci pokazali nam całość tego procesu, nie dodawali wcale żadnej dramatycznej muzyki na smyczkach i zwolnionego tempa, gdyby jeden do jednego, uczciwie pokazali moment uboju, transport do rzeźni, prawdę, nie bajkę o tym skąd są nasze paróweczki i szyneczki, ciekawe, ile osób by się zdecydowało na kontynuowanie swoich przyzwyczajeń dietetycznych.

To jest efekt szklanej ściany, o którym pisze pan w książce.

Gdyby rzeźnie miały szklane ściany - jak głosi znany bon mot - większość ludzi natychmiast przestałaby jeść mięso. Nie mam odwagi, nie posunąłbym się do tego, co zrobił Jaś Kapela, który zatrudnił się w hodowli, żeby pokazać nam, co się tam dzieje i napisał o tym świetną książkę "Polskie mięso". Bardzo sobie cenię, że to zrobił, bo dzięki temu jeszcze dobitniej widzę, jaki był koszt moich kotlecików i burgerów.

"Boskie zwierzęta" miały premierę 28 listopada, tuż przed szczytem klimatycznym. Przypadek?

Zupełny. Książka miała wyjść we wrześniu, ale spóźniłem się z robotą, bo okazało się, że nie jestem w stanie przetrawić tak wielkiego materiału w zaplanowanym czasie. Ale rzeczywiście, trafiła na dobrą datę i na moment w dyskusji. Mam wrażenie, że w kwestii środowiska coś się wyraźnie ruszyło, odkąd w tym roku po raz pierwszy zobaczyliśmy badania dowodzące, że smog w Polsce zabija ludzi: zwiększa liczbę poronień, obniża IQ dzieci, przedwcześnie kończy CV tysięcy dorosłych. To, co do tej pory uznawano za "baju - baj" próbujących zarobić na siebie "ekoświrów", nagle stało się poważnym tematem, realnym zagrożeniem.

W następnej kolejności dowiemy się, że można zginąć na skutek globalnego ocieplenia, na razie wielu z nas wciąż jest jeszcze przekonanych, że to jakieś wymysły. Szkoda, że prawdopodobnie będziemy mądrzy po szkodzie, i wtedy będą Msze przebłagalne, lamenty, darcie włosów z głowy: dlaczego nie wierzyliśmy tym, którzy pokazywali, że hodowle przemysłowe to jeden z głównych czynników stymulujących globalne ocieplenie, przez które za chwilę może skończyć nam się prąd, żywność, woda, a u bram stanąć paręset milionów uchodźców.

Rolnictwo przemysłowe ma w tym udział większy niż transport.

A do tego trzeba jeszcze dodać koszty związane z zanieczyszczeniem powietrza i wody w miejscach, gdzie działają hodowle. Proszę zobaczyć, co się dzieje tam, gdzie mają powstawać wielkie fermy. Ludzie protestują. Proszę poczytać, jak żyje się ot choćby w powiecie żuromińskim, gdzie hoduje się dziś 200 milionów kur i 600 tysięcy świń. Rolnictwo przemysłowe to koszmarne marnotrawstwo wody - jeden wołowy burger to zużycie 3000 litrów słodkiej wody (a tylko w USA zjada się kilkanaście miliardów burgerów rocznie).

Sądzę, że to kwestia kilku, może kilkunastu lat, zanim Polska dojrzeje do tego, że wegetarianizm czy weganizm to nie fanaberia ekoświrów czy chwilowa moda z zachodu. Że to wyraz naszej troski, wiary, miłości do bliźniego i wszystkiego, co wiąże się z człowiekiem. Ekologia to zawsze troska o człowieka. Zmieścimy się na tej ziemi wszyscy. I jesteśmy związani z naturą tak silnie, że żaden prawicowy publicysta, choćby nie wiem, jak się retorycznie napiął, nie jest w stanie tej więzi zerwać.

TEKST ORYGINALNY: ONET.PL





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © 2016 ŻYJ ZIELONO , Blogger